|
Zaczęło się tak... Byłam z jednym z naszych fundacyjnych podopiecznych w lecznicy weterynaryjnej. Siedzimy sobie grzecznie w poczekalni, gdy dochodzi do mnie rozmowa recepcjonistki... Proszę nie myśleć, że ja to tak podsłuchiwać lubię, ale podniesiony głos dziewczyny w recepcji, którą nagle "usztywniło" po odebraniu telefonu zwracał uwagę.
I słyszę:"A dlaczego chce pani te koty uśpić?!?" . I dalej:"O tym zadecyduje lekarz. Dobrze, proszę koty przynieść. Decyzję podejmie lekarz".
Dużo mi nie było potrzeba - jak słyszę o usypianiu zwierząt to nóż mi się w kieszeni otwiera... i przestaję być miła i sympatyczna...
Podeszłam do recepcjonistki i powiedziałam, że w razie potrzeby - jeśli maluchy będą zdrowe to je zabiorę i przez fundację spróbujemy znaleźć im dom. Nie zdążyłam daleko odjechać od lecznicy, gdy zadzwonił telefon. "Proszę Pani, maluchy już są do odebrania". Zawróciłam. Na miejscu czekała mnie niespodzianka... Trzy ślepe, tygodniowe kociaki... Przebrnęło mi tylko przez myśl, że porywam się z motyką na słońce... I w ten oto sposób trafiły do mnie Ciapek , Czarnutka i Niunia . Więcej fotek w naszej galerii  Karmiliśmy się co 2-3 godziny, masowaliśmy brzuszki (u takich kociaków nie działa jeszcze perystaltyka jelit i trzeba odruch "wymuszać" - zazwyczaj robi to kotka wylizując młode, ale z braku mamy musiały zadowolić się moim masażem :)). Czarnutka niestety nie przeżyła - miała wadę genetyczną. Maleństwo zgasło mi na rękach... Przegrana z Naturą paskudnie smakuje... Reszta kociaków - Niunia i Ciapek rosną jak na drożdżach (choć tym karmione nie są) i zaczynają rozrabiać, jak na 4 tygodniowe kociaki przystało. Niedługo będą gotowe do adopcji. |